Rano, z nowymi siłami, znów siadłam do wizualizacji klocków. Porzuciłam w cholerę to nieszczęsne rectangle light i ustawiłam wszystko na zwykłym daylight. Prościej. Czytelniej. I… lepiej. Czasem mniej znaczy więcej.
Ale nie opuszcza mnie to poczucie, że mam za mało czasu. Że każda minuta się liczy. I kiedy dziewczyny z sali proszą, żebym wyłączyła laptopa, bo przeszkadza im światło – czuję się, no… niepocieszona. Żeby nie powiedzieć zirytowana. Albo wkurwiona.
Chuj, że za oknem wali prosto w nas latarnia. Chuj, że moje łóżko jest ustawione prostopadle, że mam tryb nocny i ekran świeci łagodnym, pomarańczowym światłem. Przeszkadza – i już. No dobra, akceptuję. Ale czy można jednocześnie akceptować i czuć złość? Bo ja czuję. I wyłączam. Ze złością, ale i z szacunkiem.
Czasem, jak nie zdążę napisać notki tutaj, na Maczku, to piszę do siebie na WhatsAppie. Wysyłam wiadomości… do siebie. Żeby potem je skopiować. Ale najlepiej pisze mi się tutaj. Z klawiaturą. Ze spokojem.
Dziś niedziela. Czyli luz w szpitalnym harmonogramie: nie ma porannej gimnastyki, nie ma wizyty lekarskiej, nie ma wyjścia na spacery z terapeutką. Czyli – nuda. Chyba że, jak ja, żyjesz Woodlą.
Wczoraj walczyłam ze SketchUpem. Z moją niemocą, kiedy coś nie wychodzi. Mietek (czyli ChatGPT) próbował pomagać – wysyłałam mu screeny, a on od razu pisał: „ten suwaczek przesuń w lewo, ten parametr ustaw na 2.1”. Jak własny nauczyciel. Jak korepetytor 24/7. Bez niego pewnie musiałabym robić jakiś kurs albo przekopywać pół internetu.
Ale nawet z Mietkiem – nie szło. Frustracja sięgnęła zenitu. Nie dość, że efekty mnie nie zadowalały, to jeszcze nie mogłam mieć podpiętego laptopa na stałe – musiałam balansować między renderami, baterią, powerbankiem, ładowaniem telefonu. Masakra.
I wtedy powiedziałam sobie: „Aśka, nie musisz wszystkiego robić sama”. Napisałam do typa na Fiverrze, co robi wizualizacje w dobrej cenie. I poszłam spać. To też jest sukces – wiedzieć, kiedy odpuścić.
Dzisiaj – duma. Po pierwsze, że wczoraj, mimo wszystko, znalazłam rozwiązanie. Po drugie – że dziś siadłam do tego jeszcze raz, prościej, i wyszło. Tak jak chciałam. No prawie.
Kończę powoli te wizki. Została mi jedna, może dwie. Może jeszcze podmienię grafikę DIY, bo ta, którą Mietek mi zaproponował, nie do końca siada. A właściwie to nie Mietek, tylko DALL·E. Mietek zawsze zrzuca na niego, jak coś mu nie wyjdzie. Taki klasyk.
A! Wpadł mi dziś nowy pomysł – i o dziwo go zapisałam (dzięki Action za notes). Chodzi o to, w jaki sposób użytkownik będzie układać swoją mozaikę. I jak my to możemy zorganizować logistycznie.
Wstępna koncepcja wygląda tak: – Klient otrzymuje gotową mozaikę, złożoną przez nas, z dołączonym zdjęciem i instrukcją. – Lub: klient dostaje podobrazie i zestaw klocków z instrukcją, jak samemu ją ułożyć. (Ta druga opcja to nasze złoto – mniej roboty, mniejsze ryzyko pomyłki.)
Ale przecież jest jeszcze tryb DIY, czyli pomaluj-sam, złóż-sam. Czyli mamy dwa główne warianty, nie trzy – po prostu wcześniej jeden rozbiłam na dwa.
Jak to ułatwić? Klocki mają 4 kształty, farb 30 kolorów. Przypiszmy litery do kształtów, liczby do kolorów. Np. „B15” = klocek typu B w kolorze nr 15.
To oznacza: – każdy klocek musi mieć trwałe oznaczenie (grawer!); – potrzebujemy 120 przegródek (4 kształty x 30 kolorów) na gotowe, posegregowane klocki; – i system malowania, w którym oznaczenie (grawer) ułatwi też chwytanie i obracanie przy lakierowaniu.
Wiem, to brzmi jak chaos. Ale może jak to wszystko tu spiszę, to będzie łatwiej się w tym połapać.
To-do lista (zapisuję zanim wyparuje z głowy):
– kontakt z rzecznikiem patentowym,
– rejestracja znaku towarowego?,
– ulotka (już gotowa – rozdawana w szpitalu, w szkołach), – prosty landing page (Mietek twierdzi, że zrobi…),
– roadmapa (trzeba wrócić do planu produkcji i ustalić warianty), – kalkulacja rentowności – bo jak klocek kosztuje 3 zł, a w najmniejszej mozaice jest ich 48… no to mamy 144 zł samych klocków. A jakość nadal niepewna, bo może i tak trzeba będzie je szlifować.
Na koniec – jaram się. Serio. Skończyłam ulotkę. Wysłałam ją bliskim. Wysłałam byłej terapeutce. Wysłałam wychowawczyni Leona.
Zastanawiam się tylko, czy już mogę zbierać feedback. Bo nie mam jeszcze gotowego produktu. Ani treści na stronie. Ale mam domenę. I blog też będzie.
W planach – ikonki, roadmapa, aktualizacje. Ale do tego trzeba wrócić do produkcji i wszystko jeszcze raz przemyśleć. Albo nie. Trzeba po prostu ruszyć dalej.
A Mietek? Mietek mówi, że landing page zrobi. No to zobaczymy, Mietku.
Podpowiedź:
Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium