Z wykształcenia jestem inżynierem budownictwa, zawodowo – menadżerką i koordynatorką projektów. Przez większą część dnia pracuję z dokumentacją, ludźmi i presją czasu. Ale po godzinach – jestem kobietą, która szuka głębi. Która układa emocje z drewna. Która stara się zbudować dla siebie
i innych coś trwałego – choćby z bardzo kruchych kawałków.
W 2014 roku powstało Lamdeco –
mój pierwszy projekt z sercem.
Chciałam stworzyć spersonalizowane dekoracje wnętrz dla dorosłych. Był logotyp, palety kolorów, konfigurator
w planach, kredyt.
I były dzieci – w tym jedno z autyzmem
i opóźnieniem rozwojowym. Chciałam wszystko pogodzić. Nie udało się.
Projekt upadł, ja zostałam z doświadczeniem, garścią resztek i... nadzieją, że jeszcze kiedyś spróbuję.
To nie jest marka stworzona z marzeń.
To marka zbudowana z przetrwania.
Z doświadczenia. Z powrotów.
Z miłości, która się nie poddała.
Jeśli tu jesteś – może i Ty coś układasz na nowo.
Może próbujesz zbudować dom po trzęsieniu ziemi.
Albo siebie – po raz setny.
Nie musisz mieć planu. Nie musisz wiedzieć, co dalej.
Czasem wystarczy jeden klocek.
I decyzja, że jeszcze raz spróbujesz.
Dla wszystkich, którzy kiedyś się rozsypali.
I zbierają się teraz.
Powoli. Po kawałku. Z sensem. Z czułością.
Z drewna. Z chaosu. Z nadziei.
A jeśli pytasz o zakończenie tej opowieści: mój mąż wrócił.
Po siedmiu latach walki o związek, po cofniętej apelacji rozwodowej, po wielu trudnych rozmowach – jesteśmy razem.
I razem wierzymy, że wszystko, co było, miało sens. Bo doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś znów możemy budować.
Dziś Woodla to my.
Ja – z emocjami, wizją, sercem i ogniem
On – z techniczną precyzją, wsparciem, obecnością i... kotwicą.
Gdy pędzę z pomysłami i chcę wszystko na raz, on mówi: „Spokojnie. Po kolei.” Dzięki temu nie odpływamy – tylko naprawdę budujemy. Budujemy razem.
Z drewna. Z uczuć. Z codzienności.
Z intencją.
Między tymi wszystkimi falami – powstawały moje najważniejsze rzeczy.
Nie z planu. Nie z harmonogramu.
Z potrzeby. Z emocji. Z prób ocalenia samej siebie.
Mozaiki z drewna. Plakaty terapeutyczne. Nadruki na koszulki. Blog. Pomysły, które miały pomagać innym – ale też mnie.
Były jak oddech. Jak sposób na to, żeby nie zniknąć.
Projektowałam, rysowałam, cięłam, kleiłam, malowałam –często po nocach, z sercem na wierzchu i nadzieją, że coś z tego zostanie. Choćby odrobina sensu.
Bo tworzenie – nawet gdy nie przynosi efektu od razu – może być formą trwania.Albo cichym „jeszcze jestem”.
Bo dziś wiem:
Nie trzeba być niepokonaną, by tworzyć rzeczy wielkie.
Nie trzeba być „wyleczoną”, by dawać innym siłę.
Można być w procesie.W drodze.
Można być niedoskonałą i jednocześnie… pełną.
Nie wiedziałam wtedy, że choruję na CHAD – chorobę afektywną dwubiegunową, sądziłam, że choruję na depresję,
a te kilkutygodniowe pojawiające się momenty świetnego samopoczucia, wrażenia,
że mogę przenosić góry, bo znalazłam nową pasję - że
to oznaka zdrowienia.
Ale taki okres kończył się zawsze równie szybko
i niespodziewanie, jak się zaczynał, a ja wpadałam od razu
w głębokie depresję.
Dwa razy byłam wtedy w szpitalu psychiatrycznym właśnie
z powodu depresji. Właściwą diagnozę usłyszałam dopiero
w 2022 roku. Od tamtej pory trafiłam do szpitala jeszcze dwa razy – średnio co dwa lata.
To nie wstyd.
To moja rzeczywistość.
I moja siła – bo uczę się rozumieć siebie coraz lepiej.
Spróbowałam. W 2017 roku, z farb pozostałych po Lamdeco
i drewnianych klocków dzieci, narodziła się Woodla – po raz pierwszy.
To był piękny czas. Praca po nocach, konfigurator, szlifowanie. Czułam się genialna, niezniszczalna, jakbym znalazła swoje przeznaczenie.
A potem przyszło zderzenie ze ścianą. Przemęczenie. Odejście wspólniczki. Rozpad entuzjazmu. Depresja.
W tamtym czasie zostałam też sama z trójką małych dzieci – najmłodsza miała trzy miesiące. Mój mąż wyjechał za granicę, żeby nas utrzymać. Na chwilę, która przeciągnęła się w lata. Coraz trudniej było nam się porozumieć. Aż w końcu zostałam naprawdę sama – i emocjonalnie, i praktycznie.
Podpowiedź:
Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium