Odważyłam się dziś pokazać mój projekt współlokatorkom, tu w szpitalu. Chociaż przecież to dopiero zalążek wszystkiego, co naprawdę mam do pokazania – kilka wizualizacji, ulotka, którą zrobiłam. A ta ulotka, moim skromnym zdaniem, wyszła mi zajebiście.
Cały czas mam w sobie takie wahanie. Z jednej strony myślę: to jest zajebisty pomysł. Jest ogromna potrzeba na coś takiego. To może być szansa na spełnienie marzeń – takich prostych, zwykłych. Jak budowa domu. Jak azyl, w którym nikt mi nie będzie przeszkadzał, nikt nic nie będzie mówił. Cisza. Moje miejsce.
Ale czuję też, że to nie jest tylko projekt biznesowy. To projekt serca. Dokładnie tak, jak napisałam w ulotce. Jeżeli dzięki Woodli w chociaż jednej rodzinie nastąpi przełom w komunikacji, jeśli zrodzi się chociaż zalążek tego – jedna cegiełka do budowy mostu porozumienia – to ja będę przeszczęśliwa. Że mogłam komuś pomóc.
I właśnie tak – z jednej strony myślę, że to genialne, ważne, potrzebne. A potem przychodzi ta druga myśl: „Dobra, Aśka, jesteś w manii. To normalne, że wydaje ci się, że jesteś genialna. Tak działa ta choroba.”
Podpowiedź:
Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium