To dziwny czas. Nie taki z tych wielkich kryzysów czy dramatów – raczej taki, w którym coś w środku skrzypi, nie zazębia się, nie daje spokoju. Może to przez nowy lek. Biorę go, bo od dłuższego czasu mam problem z zasypianiem. Niby pomaga… ale czuję się po nim, jakbym chodziła w jakiejś watolinie. Przymulona, spowolniona, trochę jak nie ja.
Nie umiem teraz odpoczywać. Leżę i wcale nie odpoczywam. W głowie mam listy rzeczy do zrobienia, kolejne etapy produkcji, które się opóźniają. A bez nich – nie ruszę z Woodlą tak, jak bym chciała. Nie pokażę światu, czym to naprawdę jest. A przecież miałam już działać, wrzucać treści, budować obecność marki.
Tylko że social media… cholera, one mnie przerażają.
Naprawdę. Wiem, że „tak trzeba”. Że warto. Że to dziś część bycia twórcą, część budowania czegokolwiek. Ale na myśl o tym, że mam kręcić filmiki, robić zdjęcia, mówić coś do ludzi – mam ochotę schować się pod kocem. I serio – nie chodzi nawet o brak umiejętności technicznych (choć i to mam do ogarnięcia). To jest dla mnie po prostu duża strefa dyskomfortu.
Nie chcę się pokazywać. Przynajmniej na razie. Nie czuję się z tym dobrze. I myślę, że mam do tego prawo.
Może to się kiedyś zmieni. Może któregoś dnia stanę przed kamerą i powiem: hej, to ja, Joanna z Woodli. Ale dziś – nie.
Dziś szukam sposobu, jak robić to po swojemu. Jak być obecna, ale nie na pokaz. Jak dzielić się tym, co tworzę, bez poczucia, że wystawiam się na widok publiczny z mięsem na wierzchu.
Bo można budować coś ważnego, nawet jeśli nie ma się siły na cały ten marketingowy cyrk. Można tworzyć z ukrycia. Po cichu. I to też jest okej.
Podpowiedź:
Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium