I mija kolejny dzień tutaj. Tutaj, czyli w szpitalu psychiatrycznym. Lubię tu być – zauważyłam, że ludzie boją się szpitala psychiatrycznego. Jedna moja koleżanka przy ostatnim moim pobycie powiedziała, że sorry, ona nie przyjdzie, bo ona nie lubi takich miejsc. Mimo że chodziło tylko o spacer po terenie szpitala.
A dlaczego lubię? No come on – mam trójkę dzieci, pracę, obowiązki domowe. Tam, na zewnątrz. A tutaj? Mogę leżeć całe dni w łóżku i nikt mi nie zwróci uwagi. Tak naprawdę w szpitalu psychiatrycznym (a przynajmniej w tym, w którym jestem) nie ma za wiele do roboty.
Jak wygląda typowy dzień? Śniadanie o 9, do tego czasu trzeba być ogarniętym – toaleta poranna itd. O 8 jest gimnastyka. Kurde, mogłam to napisać jako pierwsze. No może nie jako pierwsze, bo pierwsza to jest jednak kąpiel/toaleta.
Tu, gdzie jestem, są dwie łazienki na cały oddział. W jednej z nich są dwa prysznice i jeden przystosowany dla osób z niepełnosprawnościami. Rano tylko jedna łazienka jest otwierana. Dlaczego? Nie wiem. Może pielęgniarki zakładają, że wieczorem więcej osób się wykąpie? Może.
Mnie się trafiło nieźle – w zeszłą środę albo piątek (już nie pamiętam) przenieśli mnie do innej sali. Tak zwanej sali dla VIP-ów, jak to określiła jedna z pacjentek.
No i dzisiaj też przyjechał Gabryś. Mój mąż. To było dobre. Móc się do niego przytulić. Przyniósł mi bukiet czerwonych róż. To było bardzo miłe – rzadko mam od niego takie gesty. Ostatnio powiedział, że w tej mojej chorobie, i po tym, co się wydarzyło w ubiegłą niedzielę, trzeba się mną opiekować jak dzieckiem. To ja się dzisiaj pytam – skoro jestem jak dziecko, to gdzie mój prezent na Dzień Dziecka?
Cieszę się, że on jest. Patrzy na wszystko chłodnym okiem, ale pomysł mu się podoba. A najlepszym tego dowodem jest to, że nie waha się, żeby wydawać nasze oszczędności na rozwój firmy.
Podpowiedź:
Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium